Archiwum 02 lutego 2004


lut 02 2004 Tydzien
Komentarze: 5

Poniedzialek
Wstalem o 10.30 o 11 poszedlem w odwiedziny do mojej starej prywatnej nauczycielki angielskiego pogadac sobie troche. No i tam uswiadomilem sobie ze w sumie jedyne studia do jakich jestem w stanie sie przygotowac to albo informatyka albo anglistyka/germanistyka. Osobiscie najbardziej preferuje to ostatnie. No a potem przyszedlem do domu rozebralem choinke i siedzialem przed komuterem. O 18 poszedlem do kosciola [MB Gromnicznej czy jakos tak] a po kosciele na dworzec dowiedziec sie o polaczenie do Zakopanego dnia nastepnego i spieniezyc moj nieszczesny bilet. Polaczenie jest, biletu nie spienieze bo minal termin. Ech, madry kaplon po szkodzie. Moglem wziac te 7 zlotych zamiast klocic sie o 9. A teraz nie mam nic. No coz. No i z dworca wrocilem do domu a potem poszedlem na internet. No i to tyle.

Niedziela
Wstalem o 11 i caly dzien zajmowalem sie pisaniem pewnego programu, zamieszcze go tu niedlugo. Do kosciola poszedlem o 18.00 a po kosciele jeszcze troche go pisalem i poszedlem spac.

Sobota
No wiec wstalem okolo 12.00 siedzialem troche przed komputerem wieczorem poszedlem do Martyny M. wrocilem o 20.00 obejrzalem "Europa da sie lubic" posiedzialem przed komputerem i poszedlem spac.

Piatek
Nie trudzilem sie zeby isc na pierwsze lekcje, pszedlem tylko na niemiecki a przed niemieckim dalem wypracowanie zeby dali PJ jakby zbierala. Ale nie zebrala. Na niemieckim pisalem kartkowke z umiejetnosci przemieszczania sie w miescie, mam nadzieje ze jakas tam troja bedzie. Mialem dojsc po niemiecku z ZOO do Haupt Bahnhof. Dowiedzialem sie takze ze do Wajmaru jedziemy nie tyle w celu pokazania naszych sztuk niemcom co na dyskusje panelowa po niemiecku o unii europejskiej i w zwiazku z tym mamy przejsc jakies specjalne szkolenie, ktore musimy zdac zeby tam pojechac. Aha, do Wajmaru jedzie z nami Pani Woloszyn. Fajnie. A po szkole pogadalem sobie z Walkerem i pojechalem do domu spakowalem sie i pojechalem na dworzec kupile bilet wsiadlem do pociagu i razem z Ela i Patrykiem przyjechalem do Lublinca. Najbardziej podobalo mi sie kiedy Patryk chwycil hamulec bezpieczenstwa i zawolal "Kierownica!!!!!" na szczescie za daleko nie skrecil wiec uniknelismy placenia kary. A w lublincu zlozylem komputer i uroczyscie rozpoczalem ferie zimowe 2004.

Czwartek
Wiec pojechalem do szkolty starajac sie nie spoznic ale mi nie wyszlo za bardzo. Wiec spoznilem sie okolo 15 minut na PP. Naciskam klamke - drzwi zamkniete. Pukam, otwiera mi PANI Jujeczko, bez zadnego dzien dobry mowi mi ze mam pale albo dwoje z klasowki i ze dzisiaj mija termin poprawy. No to co ja na to moge?! No nic, musze siadac i pisac. Cos tam napisalem, jak, to czas pokaze. No a po PP lodowisko! No pojechalismy tam, troche zajelo nam przysposobienie sie, dobranie lyzew, w sumie kiedy sie kompletnie przebralem to zostalo nam juz tylko pol godziny. Nie umiem jezdzic, ale jakos sie tam posuwalem i ani razu nie wypieprzylem wiec bylo chyba dobrze. Tyle tylko ze zlapal mnie potworny bol stopy od tych twardych butow i musialem caly czas wisiec na bandzie zeby nie dotykac stopami ziemi. No coz. Potem ZUPELNIE NIECHCACY spoznilismy sie na tramwaj i poszlismy do szkoly na piechote. Nie zaluje. Fajnie bylo. Pogadalem se z Tomkiem Kur. No a w szkole kupilem sobie pierogi z miesem i Mountain Dew a potem poszlismy na biologie. Na biologii genetyka, udalo mi sie skrzyzowac Leworekiego jasnookiego mezczyzne z Praworeka ciemnooka kobieta i dostalem 5 bo zrobilem to jako pierwszy. A po biologii juz do domu... To tez pojechalem, po drodze zachaczylem o biblioteke, w ktorej w koncu oddalem ksiazke i pozyczylem nowa "Sztuka Japonii" dla chorego brata. No a w domu zjadlem obiad, pozajmowalem sie Patryczkiem a wieczorem pojechalem do Delfiny robic jej strone internetowa z Fizykii. Ogolnie siedzialem u niej do 2.00 w nocy, potem wrocilem do domu, po drodze jeszcze musialem kupic mleko dla malego. Tym razem taksowkarz to wierutny gbur byl, caly czas klal i ogolnie jakis niekontaktowy. No a potem zaczalem pisac wypracowanie na polski ale go nie skonczylem i poszedlem spac.

Sroda
Che che dzien w ktorym mialem isc na spotkanie do psychologa. Mial mi (a takze kilku innym osobom) powiedziec co mnie czeka w przyszlosci do jakich zawodow mam predyspozycje, do czego talent itd... Wiec dobra. Pojechalem. Poradnia byla na ulicy Czajkowskiego, na drugim koncu miasta, stwierdzilem wiec ze musze dopowiednio wczesnie wyjsc. Po raz pierwszy z zyciu pojechalem 6 dalej niz do przystanku "Jednosci Narodowej". Spotkanie bylo o 9.00 a ja na placu Kromera bylem o 8.30. Niezly wynik. Autobus 105 ktory jechal pod poradnie wlasnie odjechal, stwierdzilem wiec ze pojde z buta. No i dotarlem tam o 8.50. Ale nikogo jeszcze nie bylo. Za chwile przyszedl tam Konrad T. i Edyta R. i spotkanie sie zaczelo. Na poczatku pani psycholog zrobila na mnie tragiczne wrazenie, troche sie ono poprawilo kiedy zrobila nam okropna herbate, potem calkiem sie poprawilo, a potem leglo w gruzach. Nie bede sie zaglebial w szczegoly tego bzdurnego testu, w kazdym razie wyszlo mi ze mam problemy z osobowoscia i mam przyjsc na indywidualne spotkanie. Mam to gdzies, nie przyjde. No a potem wracalismy z Edyta i Konradem do szkoly, Konrad wysiadl, a my z Edyta poszlismy na ozywczy spacerek po wale, potem dotarlismy do szkoly na przerwe. Ja skserowalem sobie zeszyt i zalatwilem kilka inych spraw. I okazalo sie ze nastepnego dnia... IDZIEMY NA LYZWY!!!! CUD!!! Nie bedzie Polskiego!!! No i w tej radosnej atmosferze dotarlem do domu gdzie poszedlem spac, potem pojechalem na korepetycje, po powrocie z korepetycji zajmowalem sie jakimis pierdolami i poszedlem spac.

krzysztofkaplon : :